Tatry 2010

10/07/10 – Poznań Główny

Wakacje czas zacząć. Zanim wejdziemy na szlak, musimy wybrać jedną z alternatyw, by dostać się do Zakopanego. Poznaniacy wybór mają dość ograniczony – gdy nie mamy do dyspozycji samochodu pozostaje jedynie pociąg, gdyż o dziwo PKS nie oferuje bezpośredniego połączenia. Postanowiliśmy dotrzeć najpierw do Krakowa, a tam pokonać pozostały do Zakopanego odcinek autobusem. Spośród oferowanych możliwości – Tanich Linii Kolejowych, PKP InterCity i PKP InterRegio wybraliśmy tę ostatnią, co okazało się niewybaczalnym błędem. Na peronie oczywiście opóźnienie – pewna grupa dzieci pół godziny blokowała odjazd poprzedniego pociągu, w którym nie dostawiono zamówionego wagonu, przeznaczonego specjalnie dla nich. Ostatecznie umieszczono je w wagonie dla rowerów. Groteskowa sytuacja godna niezłej czarnej komedii. Wprawdzie InterRegio dociera na miejsce najszybciej, jednak oferuje wyłącznie drugą klasę w nieklimatyzowanych, archaicznych wagonach bez przedziałów. Po ponad trzech godzinach podróży raczymy się bólem pleców i kończyn dolnych (spowodowanym niewygodnymi, plastikowymi siedzeniami) oraz świadomością przebycia ledwie połowy drogi. W Krakowie przesiadka do autokaru – tu jest już znacznie lepiej – wygodnie, czysto, szybko i przede wszystkim jest czym oddychać. A to wszystko za jedyne dwadzieścia złotych. Linia Poznań – Zakopane, lub przynajmniej Poznań – Kraków w rozkładzie PKS byłaby wybawieniem.

Zakwaterowanie

Decydując się na pobyt w Zakopanym obowiązkowo należy zarezerwować sobie lokum z odpowiednim wyprzedzeniem. Nasza ekipa wybrała pensjonat przy ulicy Chramcówki 23. Duży, drewniany dom, o bardzo góralskim charakterze oferuje przyzwoite warunki za stosunkowo niewielkie pieniądze. Za dobę liczoną od godziny 10.00 zapłacimy 35 złotych. W cenę oczywiście nie został wliczony posiłek, do dyspozycji mamy jednak wspólną kuchnię wyposażoną w lodówkę, mikrofalówkę, elektryczny czajnik i wszelkiego rodzaju akcesoria potrzebne do przygotowania posiłku we własnym zakresie. W łazience i pod prysznicem jest czysto, a gorąca woda płynie przez całą dobę, co wbrew pozorom nie zawsze jest oczywiste… W pokojach mieszczących dwie, trzy, lub cztery osoby napotkamy charakterystyczne postkomunistyczne meble, aczkolwiek łóżka na szczęście są dość wygodne. Telewizja i internet w cenie, choć z tym drugim miewaliśmy spore problemy (najwyraźniej budżetowy router gubił zasięg). Zmęczonym wędrowcom polecam wieczorny relaks na drewnianej werandzie, z zimnym piwem i dobrą książką. Generalnie miejsce jest godne polecenia, oferuje przyjazną atmosferę i klasyczny klimat, do dworca PKP i PKS, z którego odjeżdżają również prywatne mikrobusy rozwożące turystów w strategiczne punkty wycieczkowe dojdziemy piechotą w niecałe pięć minut (bardzo ważne, jeśli nie mamy samochodu!), natomiast do centrum w minut piętnaście. Jedynym problemem okazała się remontowana nieopodal ulica, przez niemal cały dzień robotnicy generowali uciążliwy hałas, szczególnie dokuczliwy w tak specyficznym otoczeniu. Zjawisko jednak nie zaskakuje, ani nie odstrasza – w tym roku praktycznie całe Zakopane pogrążyło się w robotach drogowych, tak, że momentami nawet lokalni przewoźnicy mają problemy z dotarciem w wyznaczone miejsce.

11/07/10 – Ścieżka nad reglami

W celu zaklimatyzowania się w górskim środowisku dnia pierwszego wybraliśmy jeden z najprostszych tatrzańskich szlaków, a zarazem najprzyjemniejszych. Aby dotrzeć na szlak musieliśmy wsiąść do jednego z busów, czekających na klientów w okolicach dworca. Proceder ten towarzyszy niemal każdemu podczas pobytu w Tatrach, miniaturowy autokar zabiera zazwyczaj około dwudziestu osób i kieruje się w rejon zapisany na tabliczce, umieszczonej przy przedniej szybie. Tym razem przyjemność przejazdu do Kuźnic kosztowała trzy złote od osoby. Jak na relatywnie komfortowe warunki i krótki czas dojazdu – wydatek żaden. Z Kuźnic podeszliśmy niebieskim szlakiem do schroniska na Kalatówkach, mijając po lewej stronie kaplicę ss. Albertynek i Pustelnię Brata Alberta. Ścieżka nad reglami biegnie delikatnymi wzniesieniami, po drodze mamy wielokrotną możliwość zboczenia w przydrożne doliny – Dolinę Białego, Dolinę Strążyską, czy Dolinę Małej Łąki, którą to właśnie zeszliśmy aż do Gronika – małej miejscowości uczęszczanej głównie ze względu na przystanek autobusowy. Szlak prowadzi jednak dalej, przez Dolinę Kościeliską, aż do Doliny Chochołowskiej. Pokonanie wybranej przez nas trasy, według przewodnika zabiera 4 godziny i 45 minut, jak zwykle jednak jest to wartość uśredniona, w rzeczywistości w Groniku byliśmy po czterech godzinach. Trasa idealna na rozgrzewkę.

12/07/10 – Szliśmy górą, pójdźmy dołem

Okazuje się, że nawet na najlżejszym szlaku można nabawić się kontuzji. Współtowarzyszka wyprawy wybrała się w trasę dnia poprzedniego w nowych butach. Jak wiadomo nowe obuwie należy ówcześnie rozchodzić, w przeciwnym wypadku poobciera nas ono do granic możliwości. Tak też było tym razem, oszczędnie więc ruszyliśmy Drogą Pod Reglami. Na szlak wchodzi się przy imponującej i wszystkim dobrze znanej zakopiańskiej skoczni narciarskiej (Duża Krokiew), następnie czarnym szlakiem przez dwie i pół godziny podróżuje po niemal płaskiej drodze. Prościej już się nie da. Podobnie jak w przypadku ścieżki nad reglami mijamy wejścia do poszczególnych dolin, by zakończyć spacer w Kirach, gdzie oczywiście bez problemu złapiemy autobus zmierzający do Zakopanego. Trasa jest szczególnie ciekawa dla rowerzystów, to jeden z niewielu szlaków, który bez nadmiernego wysiłku przebyć można jednośladem.

13/07/10 – Kościelec

Po przedłużającej się rozgrzewce nadszedł czas na prawdziwe wyzwanie. Nad ranem stawiliśmy się w Kuźnicach, by zdobyć szczyt Kościelca. Niebieskim szlakiem, prowadzącym przez Boczań, po godzinie i 45-minutach dotarliśmy do schroniska Murowaniec, na Hali Gąsienicowej. Jako że pora na konsumpcję była co najmniej odpowiednia, zamówiliśmy posiłek składający się z jajecznicy i herbaty – turystyczny klasyk za 13,50. 35 minut zajmuje dotarcie do Czarnego Stawu Gąsienicowego, a stamtąd kolejne 35 do podnóża Kościelca (szlak zielony). Choć tabliczka informująca o wybitnie wysokim poziomie trudności ostatniego odcinka nie zachęca, w rzeczywistości ostatnie czterdzieści pięć minut wspinaczki okazuje się całkiem znośne. W przeciwieństwie choćby do Świnicy nie znajdziemy tu łańcuchów. Bynajmniej nie z zaniedbania, są one zwyczajnie zbędne, gdyż poza dwoma problematycznymi momentami przy samym szczycie trasa nie powinna przerosnąć możliwości przeciętnego turysty. Widoki, jakie oferuje Kościelec zdecydowanie warte są wysiłku – dostrzeżemy niemal całą panoramę Tatr. Po zejściu wybraliśmy inną trasę powrotu – kolejno szlakiem niebieskim, czarnym i żółtym, prowadzącymi malowniczymi serpentynami przy Zielonym Stawie, delikatnym spadem aż do Murowańca. Nie polecam schodzić do Kuźnic żółtym szlakiem – strome zejście po ostrych kamieniach może okazać się niezbyt przyjemnym po zaliczonym wcześniej dystansie. Lepszym rozwiązaniem będzie powrót tą samą drogą, którą do schroniska doszliśmy, czyli szlakiem oznaczonym kolorem niebieskim. Obydwie drogi zajmują mniej więcej godzinę, lecz ta ostatnia jest znacznie wygodniejsza i atrakcyjna ze względów wizualnych. Po powrocie zaś do domu zalecam wypicie zimnego piwa, które podobnie jak piłkarzom po meczu, pomaga pozbyć się zakwasów – pomysł sprawdzony osobiście.

15/07/10 – Czerwone Wierchy

Czerwone Wierchy, czyli jak dotąd najlepsza rewelacja. Wyprawa rozpoczęła się tradycyjnie już w Kuźnicach, o godzinie 7.00 rano, ze względu na przewidywane kolejki do…kolejki. Postanowiliśmy skorzystać z usług Polskiej Kolei Liniowej i tym właśnie środkiem lokomocji dostać się na Kasprowy Wierch – punkt wyjścia do trasy przez Czerwone Wierchy. Problem z kolejką polega na tym, że w sezonie ilość chętnych zdecydowanie przewyższa jej przepustowość, co powoduje niekiedy nawet kilkugodzinne oczekiwanie na wstęp. Kasy otwierane są właśnie o godzinie siódmej, stąd, jak się okazało słuszna decyzja o tak wczesnym przybyciu na miejsce. Koszt przejazdu w jedną stronę jest dość wysoki, odpowiednio 32 i 27 złotych, dla biletów normalnych i ulgowych. Warto jednak zaoszczędzić energię na trasę wiodącą szczytami, jest to niezapomniane przeżycie. Czerwony szlak prowadzi od Kasprowego Wierchu (1987 m) aż do Ciemniaka (2096 m), przez Kopę Kondracką i Małołączniak, gwarantując na całej długości genialne widoki i przyjemność chodzenia po umiarkowanie lekkim terenie. Możliwość zejścia z powrotem do Kuźnic lub Kirów mamy praktycznie na każdym mijanym szczycie, przez co mniej wytrzymali piechurzy nie muszą pokonywać drogi aż do Ciemniaka (z Kasprowego łącznie 2 godziny i 50 minut). W schronisku umiejscowionym tuż przy stacji kolejki oprócz standardowych stoisk z pamiątkami i małej gastronomii trafimy do…pizzerii, co dla turystów przyzwyczajonych do tradycyjnych schronisk z kiełbasą i wrzątkiem jest sporym zaskoczeniem. Opcją alternatywną w stosunku do obranej przez nas jest pójście w przeciwną stronę, czyli przez Świnicę i Granaty, do przełęczy Krzyżne. Jest to odcinek bardzo trudny i bardzo czasochłonny, którego osobiście się nie podjąłem.

16/07/10 – Gubałówka czyli Zakopane Business Center

Ostatni dzień potraktowaliśmy typowo rekreacyjnie, postanowiliśmy zwiedzić jeden z najbardziej charakterystycznych miejsc Zakopanego, a zarazem obiekt spacerowy turystów niezainteresowanych górskimi szlakami. Oprócz tradycyjnej drogi na Gubałówkę można się dostać z pomocą kolejki startującej u wylotu Krupówek. Koszt biletu obejmującego wjazd i zjazd to odpowiednio 12 i 10 złotych dla normalnego i ulgowego. Po około piętnastu minutach znaleźliśmy się na tłumnie obleganym deptaku zasypanym budżetową gastronomią i stoiskami z pamiątkami, ze względu na które zwiedzanie Gubałówki jest dość męczące, nie wspominając już o bezustannie grzejącym słońcu, przed którym nie sposób się schować. Przy zakupie biletu łączonego skazani jesteśmy na powrót odległą o około trzy kilometry kolejką krzesełkową (wjeżdżamy w zamkniętych wagonikach), której stacja mieści się na Butorowym Wierchu. Gubałówka to obowiązkowy punkt programu przy zwiedzaniu Zakopanego, dla większości jednak jej walory, ze względu na wszechobecną komercję są wątpliwe. To wrażenie nie znika nawet na samym dole, gdy zbliżając się do końcowej stacji dziewczyna siedząca na podwyższeniu prosi nas o uśmiech bez oporów bawiąc się w paparazzi. Interes kwitnie, zaraz po wyjściu dostaniemy propozycję wywołania i oprawienia wymuszonego zdjęcia za niebanalną kwotę.

Możesz śledzić komentarze tego wpisu przy pomocy kanału RSS 2.0.

Możesz zostawić komentarz lub wysłać sygnał trackback ze swojego bloga.

Zostaw odpowiedź

Musisz się zalogować aby móc komentować.